bardzo wesołe historyjki o internecie
RSS
piątek, 09 kwietnia 2010

Kiedyś uwaga była tania. Przed pięcioma tysiącami lat, w Babilonie, tamtejszy szewc, pisarz czy sprzedawca maści leczniczych przyciągali ją samym swoim istnieniem. Wymiana towarów i usług była wciąż tylko wyjątkiem od reguły, a regułą - zaspokajanie potrzeb pracą własną. Szyld miał znaczenie wyłącznie informacyjne. Później gospodarka rozwijała się, więcej i więcej usług i towarów braliśmy z zewnątrz, ale przez kolejne 5 tysięcy lat szyld nie zyskał wiele na znaczeniu.

Dopiero w wieku XIX n.e., kiedy pismo drukowane pod różnymi postaciami rozpowszechniło się na masową skalę, ówcześni reklamodawcy, poczuwszy spadek skuteczności dotychczasowych reklam,
użyli nowej technologii przyciągania uwagi. Po prostu zwiększyli intensywność bodźca - reklamy stawały się większe, jaskrawsze, głośniejsze, bardziej wszechogarniające. Reklamodawcy zapomnieli o jednym - ludzki mózg to wysokospecjalizowana maszyna do filtrowania. Oczy, uszy i pozostałe zmysły dostarczają mu każdej sekundy niewiarygodnej liczby danych, przed nadmiarem których musi się bronić (tzw. obronność percepcyjna). Filtruje więc nieistotne (np. reklamy), żeby się nie zagotować.

Środowisko człowieka nasycało się reklamami, a ludzkie mózgi - równie szybko nasycały się nowymi filtrami percepcyjnymi.
Kolejna wersja technologii miała nas przechytrzyć, korzystając z naszych "białych list". Jesteśmy zaprogramowani do interakcji społecznych, więc naszą szczególną uwagę przyciągają twarze - w reklamach zaczęto publikować twarze. Jesteśmy zaprogramowani do reprodukcji - w reklamach zaczęto epatować seksem. Nawykliśmy, że komórka to kanał prywatnej komunikacji z najbliższymi, więc z ufnością sięgamy po dzwoniączy telefon - reklamy weszły do SMS-ów.

Ostatnia, jak dotychczas, wersja technologii przyciągania uwagi, wyraźnie zmienia reguły gry.
Reklama nie ma już oślepiać i atakować odbiorcy, nie ma go też oszukiwać; nowy cel to takie nadanie przekazu, by dawał on – sam w sobie – jakąś korzyść odbiorcy. Nie wystarczy, by potrzebę konsumenta realizował reklamowany samochód. Reklamodawca musi zaspokajać potrzeby klienta dużo wcześniej, już w samej reklamie.

To m.in. dlatego internet jest tak świetnym medium reklamowym. Spróbuj zaangażować plakatem lub przedstawić nową technologię wtrysku paliwa w spocie radiowym. Tymczasem internet pozwala zaserwować reklamę tylko zainteresowanym, zaprasza do dialogu, angażuje multimediami, nie limituje objętości przekazu. A na koniec
mierzy efekty.

piątek, 15 stycznia 2010
Komunikat GG 7.7 o treści: Twoja wersja komunikatora nie obsługuje rozmów z osobami, których numer jest większy niż 17 000 000. Kliknij tutaj i zaktualizuj swoje GG! :)

...a może jednak:

Twoja wersja komunikatora nie obsługuje tych wszystkich reklam, które chcemy wepchnąć przed Twoje oczy. Kliknij tutaj, by pozwolić nam wkładać reklamowe teksty w Twoje usta.

Taka reklama:

  • odbiera użytkownikowi poczucie kontroli nad działaniem aplikacji,
  • odbiera użytkownikowi poczucie kontroli nad kreowaną w rozmowie tożsamością (np. reklamując odrzucany przez niego brand) i narusza płynność komunikacji,
  • nie jest ani "pull", ani kontekstowa, nie dostarcza ani rozrywki, ani użytecznej informacji, nie jest ładna, nie ma szans chyba nawet na Webstara.
  • Ale niewątpliwie angażuje użytkownika :-).

czwartek, 17 grudnia 2009

Do czego posunie się dziennikarz dla wyższego CTR artykułu?

Napisze:

Zwracam uwagę na źródła: to nie Pudelek, to odpowiednio, interaktywnie.com, Rzepa, CHIP.

I jeszcze poza konkursem, honorable mention o TVN.pl, które "jako pierwsze" doniosło o czymś, o czym doniosło po 3 tygodniach, w ciągu których w sieci roiło się od artykułów na temat.

wtorek, 15 grudnia 2009

A ile kosztuje billboard? Porównajmy.


Na koszt billboardu składają się:
- koncepcja marketingowa,
- kreacja,
- druk,
- zaplanowanie mediów,
- naklejenie,
- ekspozycja.

Kiedy kupujesz serwis WWW za 500 zł to jakbyś przychodził do drukarni:
"cześć chłopaki, zróbcie mi kampanię billboardową". Chłopaki,
oczywiście, zrobią. Bartek zna się trochę na DTPie, a Piotrek wymyślił
kiedyś slogan dla piekarni wujka. Jeśli chodzi o planowanie, to przecież
każdy głupi wie, że najlepiej rozklejać przy supermarketach i wyjazdach
z miasta.

Dzieciok szwagra, do którego zwrócisz się po stronkę za 500 PLN
(ewentualnie - "profesjonalna firma informatyczna z durzym
doświadczeniem", którą znajdziesz na Allegro, a do której zwrócisz się
po stronkę za 700 PLN) to właśnie odpowiednik drukarni.

Bo zamawiając kampanię billboardową u drukarza zyskujesz plakat, który:
- nie zostanie dostrzeżony,
- jeśli zostanie dostrzeżony, to nie zostanie przeczytany,
- jeśli zostanie przeczytany, to nie zostanie zrozumiany,
- jeśli zostanie zrozumiany, to nie tak, jak chciałbyś,
- jeśli tak jak chciałbyś, to nie wzbudzi potrzeby posiadania,
- jeśli wzbudzi, to nie zmotywuje do zakupu,
- jeśli zmotywuje, to produktu konkurencji,
- jeśli Twojego, to z powodu niskiej ceny.

...ale za to będzie dobrze wydrukowany :-).

W porównaniu do drukarni, firma "z durzym doświadczeniem" nie gwarantuje
nawet dobrze wykonanej podstawowej roboty informatycznej.

Więc może lepszą niż drukarnia analogią byłby punkt ksero?

 

czwartek, 15 października 2009


Napisać notkę na blogu to jak wyjść na katedrę i zacząć wykład:
1. Nie możesz mieć pewności, czy ktokolwiek cię słucha. Nie możesz mieć
pewności, czy kogokolwiek zainteresuje temat. Musisz mieć tę pewność w
sobie albo umieć się bez niej obyć; trzeba się zasłużyć, by zdobyć ją z
zewnątrz.
2. Jesteś zobowiązany. (Do oryginalności/rzetelności/ciekawej formy.)
Jesteś autorem, ludzie przychodzą posłuchać właśnie ciebie. Musisz się
przygotować.
3. Obwieszczasz; nie licz więc na rozmowę. Oczywiście, odważniejszy
słuchacz podniesie rękę i skomentuje. Ale punktem odniesienia będzie
twój wykład. Choćby komentujący stawiali tezy o 180 stopni od twoich,
notka zamyka cię w Twoim paradygmacie.
Lifestreaming/mikroblogging to korytarzowe rozmowy przed wykładem:
1. Daje poczucie więzi z odbiorcami (ktoś cię "śledzi"),
2. Przychodzisz, otwierasz buzię i już uczestniczysz; nie musisz
zaczynać, nie odpowiadasz za ciekawy temat, ani za formę twoich kwestii.
3. Pozycja rozmówców jest równa.
Forma blogu nie zniknie, bo w niektórych zastosowaniach jest
najdogodniejsza; niektórzy lubią wygłaszać wykłady, a inni lubią ich
słuchać. Techniczne ulepszenia nie poprawią sytuacji blogów, podobnie
jak lepsze nagłośnienie nie spowoduje, że będziemy masowo komunikować
się w formie wykładów.

Napisać notkę na blogu to jak wyjść na katedrę i zacząć wykład:

1. Nie możesz mieć pewności, czy ktokolwiek cię słucha. Nie możesz mieć pewności, czy kogokolwiek zainteresuje temat. Musisz mieć tę pewność w sobie albo umieć się bez niej obyć; trzeba się zasłużyć, by zdobyć ją z zewnątrz.

2. Jesteś zobowiązany. (Do oryginalności/rzetelności/ciekawej formy.) Jesteś autorem, ludzie przychodzą posłuchać właśnie ciebie. Musisz się przygotować.

3. Obwieszczasz; nie licz więc na rozmowę. Oczywiście, odważniejszy słuchacz podniesie rękę i skomentuje. Ale punktem odniesienia będzie twój wykład. Choćby komentujący stawiali tezy o 180 stopni od twoich, notka zamyka cię w Twoim paradygmacie.


Lifestreaming/mikroblogging to korytarzowe rozmowy przed wykładem:

1. Daje poczucie więzi z odbiorcami (ktoś cię "śledzi"),

2. Przychodzisz, otwierasz buzię i już uczestniczysz; nie musisz zaczynać, nie odpowiadasz za ciekawy temat, ani za formę twoich kwestii.

3. Pozycja rozmówców jest równa.


Forma blogu nie zniknie, bo w niektórych zastosowaniach jest najdogodniejsza; niektórzy lubią wygłaszać wykłady, a inni lubią ich słuchać. Techniczne ulepszenia nie poprawią sytuacji blogów, podobnie jak lepsze nagłośnienie nie spowoduje, że będziemy masowo komunikować się w formie wykładów.

 

niedziela, 10 maja 2009
Chłopaki rzucili się na elita-polski.pl. Jedni tylko szydzą, inni dodatkowo wieszczą klęskę i #failroku. Sam tylko szydzę i klęski Elity pewien nie jestem. 

Ci co wieszczą, mylą swoją niechęć do EP z realnymi szansami tego serwisu. 

Biznes polegający na sprzedawaniu ludziom wysokiej samooceny, ułudy wysokiego statusu i podziwu tłumów to w ogólności dość pewny biznes. Ludzie są skłonni płacić za te dobra: czasem dostają je ubrane w tzw. towary luksusowe, czasem ubranie jest dużo skromniejsze (np. zestawienia "who-is-who"), a czasem ubrania nie ma w ogóle (iPhone'owa aplikacja I'm rich). 

Nie mam jednak pewności, czy pan Rafał zarobi. Wydaje się bowiem, że oferowana przez niego korzyść zyskuje, gdy jest ubrana, ostentacja jej nie służy. Towary luksusowe ubierane są m.in. w walory użytkowe i być może także z tego powodu ich producenci to spółki notowane na giełdach, podczas gdy dostarczyciele nagiego szpanu to prestiżowi  licencjaci dziennikarstwa po Wyższej Szkole Tego i Owego.
czwartek, 01 stycznia 2009
Internauta nie jest Jamesem Bondem. Może i chciałby otoczyć się gadżetami typu zegarek z palnikiem laserowym, kostium aligatora umożliwiający oddychanie pod wodą albo obrotowe tablice rejestracyjne. Z łatwością wyobraziłby sobie zastosowanie dla każdego z nich i z entuzjazmem opowiedziałby o nich znajomym. Ale, ponieważ nie jest Jamesem Bondem, użyłby ich kilka razy i zapomniał. 
Pewnie chciałby otoczyć się także gadżetami typu muu.sk, zgubione-znalezione.org czy tick.pl. W końcu rozwiązują one realnie istniejące problemy, odpowiednio: zarządzanie pożyczonymi rzeczami, odnajdowanie rzeczy zgubionych i tworzenie zakupowych list życzeń. Ale, ponieważ nie jest Jamesem Bondem, użyje ich kilka razy (w najlepszym wypadku) i zapomni. 
 
Czym, poza wszystkim, różni się James Bond od internauty? 
1. James Bond po prostu zakłada swój plecak z napędem odrzutowym i naciska przycisk. Tymczasem potencjalny użytkownik gadżeciarskiego serwisu musi:
  • domyślić się, że taki serwis w ogóle istnieje,
  • lub trafić na jego reklamę i zapamiętać ją,
  • znaleźć go,
  • włożyć wysiłek poznawczy w zrozumienie, co realnie serwis potrafi robić,
  • zarejestrować się ("co zrobią z moimi danymi?", "czy nie zapomnę hasła?", "nie chcę inwestować czasu w rejestrację, skoro nie wiem jeszcze, czy serwis spoba mi się «w praniu»", "dlaczego ten formularz jest tak długi?", "czy naprawdę muszę przepisywać te cholerne literki? przecież tu nic nie widać!", "o jezu, jeszcze kliknąć link potwierdzający"),
  • przeklikać serwis i nauczyć się nawigacji, architektury informacji, interfejsu,
  • zbudować w swojej głowie skojarzenie "pożyczyłem komuś książkę - muszę to odnotować w muu.sku",
  • pamiętać jak obsługiwać interfejs, pomimo używania go max. kilka razy w roku,
  • w niektórych przypadkach - zapłacić za skorzystanie z serwisu.
2. Jamesa Bonda do skorzystania z miniwyrzutni rakiet ukrytej w magnetofonie motywuje:
  • wizja uratowania świata,
  • satysfakcja wynikająca z pokonania znienawidzonego przeciwnika,
  • obcowanie z technologią, do której mało kto ma dostęp,
  • uznanie w pięknych oczach aktualnej dziewczyny,
  • pochwała ze strony M.
Internauta natomiast walczy o sprawniejsze odzyskanie książki o wartości 20 PLN. 

Podsumowując: Bond ponosi dużo niższe koszty i notuje dużo wyższe zyski. A mimo to, każdego gadżetu używa tylko raz.

sobota, 22 listopada 2008

Byłem przedwczoraj na Demokampie. Czytałem dzisiaj blogorelacje z Demokampu. I chciałem się poniezgadzać z pochwałami nt. ecoosystem.com.

Czytam w blurbie że serwis ma wspierać pozyskiwanie partnerów i zasobów. Że ma być portalem networkingowym. To piękne cele, ale zastanawiam się na czym miałaby polegać wartość dodana oferowana przez ecoosystem w porównaniu do obecnie istniejących narzędzi. Czy wymienione cele naprawdę potrzebują specjalnej platformy? Co właściwie technologia ma tutaj do zaoferowania?

Wiara w ecoosystem to wg mnie przejaw determinizmu technologicznego, "jedyne czego potrzebujemy dla osiagnięcia powszechnego pokoju, dobrobytu i wzajemnego zrozumienia to koleje i elektryfikacja".

Bariery utrudniające współpracę są gdzie indziej. Wymienię takie czynniki jak zaufanie, poziom rozwoju sieci społecznej, poziom kompetencji w zakresie technologii informacyjnych i dostępność internetu. 

 

Jakie narzędzia zaoferuje ecoosystem?

- konkursy "jeśli nie wiesz jak to zrobić, ogłoś konkurs i zaoferuj nagrodę". Czy istnieje dzisiaj jakaś przeszkoda by ogłaszać takie konkursy? Czym różniłyby się one od zwykłych ogłoszeń "szukam programisty ... do ..."?

- ogłoszenia typu "bank czasu" - serwisy z takimi ogłoszeniami istnieją, ale ogłoszeń jest mało. Co takiego miałoby tkwić w ecoosystem żeby ta znana idea odżyła?

- tajemnicze "docieranie" do potencjalnych partnerów. Co miałoby tych ludzi zmotywować do rejestracji i korzystania z serwisu? Twórcy jako główną atrakcję serwisu wskazują antycypowany sukces oglądalnościowy. Ale piękne idee nie karmią.

Wciąż nie wiem, na czym miałaby polegać przewaga ecoosystemu nad choćby GoldenLine/LinkedIn czy forami tematycznymi (szczególnie ich pracowymi poddziałami). 

Serwisu jeszcze nie ma w sieci; w poniedziałek dowiem się, czy krytyka była trafiona.

piątek, 21 listopada 2008

Np. z funduszy unijnych.

 

(Notka o Działaniu 8.1 PO IG, które finansuje usługi świadczone drogą elektroniczną. Zadaniem notki jest danie poglądu, czy warto interesować się tematem, z pewnością nie jest przewodnikiem po tym programie). 

 

Rzeczy miłe:

- bezzwrotna pomoc, więc z nikim nie musisz dzielić się udziałami w przedsięwzięciu,

- jeśli jesteś młodym przedsiębiorcą to Twoja wiarygodność kredytowa dla banku jest zerowa; tymczasem w Działaniu 8.1. to starsi stażem przedsiębiorcy są wykluczeni,

- tylko 15% wartości projektu musisz dołożyć z własnej kieszeni,

- możesz dostać nawet 200 tys. EUR (teoretycznie milion złotych, ale przy obecnym kursie euro dotacja w tej kwocie łamałaby zasadę de minimis),

- pieniądze możesz wydawać nie tylko na środki trwałe i licencje, ale także na wynagrodzenia, ZUSy, promocję projektu (to nawet przymus), szkolenia i patenty,

- jeśli zdecydujesz się na działanie w formie spółki kapitałowej  (sp. z o.o./S.A. ), dotację przeznaczyć możesz nawet na własne wynagrodzenie i ZUS,

 

Rzeczy niemiłe:

- dotację dostajesz jako refundację poniesionych wydatków, a nie zaliczkę. Wygląda to tak: 1. we wniosku deklarujesz, co, kiedy i za ile chcesz kupić, 2. nie dostaniesz żadnych pieniędzy na wejście, więc _musisz_ kupować za własne, 3.  kiedy kupisz już rzeczy za połowę całej kwoty projektu, możesz napisać wniosek o płatność pośrednią, 4. dostajesz 50% kwoty dotacji, 5. wydajesz resztę pieniędzy, 6. piszesz wniosek o płatność końcową i dostajesz drugą połowę dotacji,

Przykład: chcesz wyciągnąć 200 000 tys. PLN dotacji. Ale 15% CAŁEGO projektu to muszą być Twoje pieniądze. Trochę matematyki: jaka musi być wartość CAŁEGO PROJEKTU, by 85% z niego wyniosło 200 tys.? 235 290 PLN (dla ułatwienia będę pisał 235 tys.) Zatem dołożyć musisz 35 tys. PLN. Zwróć uwagę na ten częsty błąd - 15% środków własnych należy liczyć od wartości całego projektu (czyli dotacja + wkład własny), a nie od wartości dotacji. 

Realizujesz projekt, wydałeś już połowę całej kwoty, czyli 235 tys. /2=117,5 tys. PLN. Piszesz wniosek o płatność końcową i dostajesz połowę dotacji, czyli 100 000 PLN. Potem wydajesz drugie 117,5 tys., piszesz wniosek i dostajesz drugą połowę dotacji, czyli 100 000 PLN.

Ile w takim razie musisz mieć do dyspozycji pieniędzy by zrealizować projekt? Krótkookresowo, dla utrzymania płynności finansowej, będziesz potrzebować dużo więcej pieniędzy niż 35 tys. wkładu własnego. Dobrze byłoby mieć dodatkowo kwotę ok. 150% kwoty dotacji. Dlaczego tyle? Powód 1: opóźnienia w wypłatach dotacji. Powód 2: VAT. 

Teraz przykład urealniony o oba czynniki. Przypuśćmy, że zgodnie z harmonogramem zaczynasz projekt w czerwcu 2009, a w grudniu 2009 przewidziałeś wydatek, który przekracza 117,5 tys. Przyszedł grudzień 2009, nie dostałeś jeszcze ani grosza, ale musiałeś już wydać minimum 117,5 PLN. Ponieważ wciąż mówimy o kwotach netto, to realnie z Twojej kieszeni wyleciało 117,5 tys. + 22% VAT = 143,5 tys. PLN. Już w styczniu składasz wniosek o płatność pośrednią. I czekasz. Najpierw na ocenę wniosku, potem na wypłatę pieniędzy. Opóźnienia są regułą, i to - podobno - taką od której nie ma wyjątków. Ty cały czas musisz trzymać się terminów, czytaj: realizować projekt zgodnie z harmonogramem, czytaj: wydawać kolejne pieniądze. Nie zwalnia Cię od tego niedotrzymywanie terminów przez urzędników. W praktyce może się zdarzyć, że płatność pośrednia przyjdzie po zrealizowaniu całego projektu. W takim przypadku musisz mieć więc 35 tys. wkładu własnego + 200 tys. reszty wartości projektu + zapasy związane z opóźnieniami w uruchomieniu przedsięwzięcia i nieprzewidzianymi wydatkami ok. 20% + 22% tych kwot na poczet VATu.

- rozliczasz się na podstawie wydatków, a nie kosztów. Nie wystarczy faktura kosztowa, musisz mieć dowód, że _zapłaciłeś_ kontrahentowi (np. potwierdzenie przelewu),

- jesteś zobowiązany do dbałości o efektywność kosztową zakupów; jak twierdzą fachowcy, warto/trzeba sporządzać protokół z wyboru dostawcy, przy czym wybierać należy spośród minimum 3 dostawców, a kryterium 100% to cena. Manipulowanie specyfikacją pomoże uniknąć przymusu kupienia najtańszego towaru w danej kategorii,

- jeśli Twoja firma działa na rynku dłużej niż rok, to masz problem. Rezygnujesz z udziału w projekcie lub zakładasz osobną firmę do ubiegania się o dotację. To oczywiście koszty, czas i kolejne papiery. Nie mam tu pewności, ale prawdopodobnie najmniej bolesną formą obejścia tego ograniczenia jest rejestracja firmy w formie spółki osobowej (np. spółka jawna). Z całą pewnością skuteczna będzie rejestracja nowej spółki kapitałowej,

- nie kwalifikujesz się do programu jeśli chcesz świadczyć usługi poczty elektronicznej, rejestracji i utrzymania domen, usług hostingowych lub założyć sklep internetowy (to nie jest pełna lista wykluczeń, czytaj do końca!)

- warto być przygotowanym do złożenia wniosku zawczasu. Wnioski o dotację są przyjmowane do wyczerpania alokacji przeznaczonej na dany konkurs. Ogłoszenie o konkursie (podobno należy się go spodziewać na przełomie 1/2Q 2009) będzie określać dzień rozpoczęcia i zakończenia przyjmowania wniosków. Dla bezpieczeństwa pierwszy dzień traktuj jako ostatni, także dlatego, że przy równej liczbie punktów decyduje kolejność zgłoszeń,

- jesteś zobowiązany do utrzymania rezultatów projektu w ciągu 3 lat od ukończenia projektu. Co to realnie znaczy?

Przykład: w lutym 2009 piszesz wniosek, w którym deklarujesz jakie e-usługi stworzysz i określasz harmonogram realizacji projektu. Projekt jest skomplikowany, więc wykorzystujesz maksymalną dopuszczalną długość realizacji tj. 2 lata; początek projektu deklarujesz w czerwcu 2009 a koniec w czerwcu 2011 roku. Od czerwca 2011 roku liczą się 3 lata, w przeciągu których musisz świadczyć swoje e-usługi. Mówiąc krótko, w lutym 2009 roku deklarujesz, że _będziesz_ realizować swoje e-usługi _w komplecie_ jeszcze nawet w czerwcu 2014 roku. Po 64 miesiącach od spisania pierwotnych założeń. 

Nie wierzę z odbieranie dotacji jeśli z uzasadnionych powodów któraś z usług nie będzie już świadczona. Ale nerwy i dużo papierów - gwarantowane.

 

Wniosek: warto. Procedura jest zła, urzędnicy są bardzo źli, ale za 200 tys. EUR można zrobić sporo fajnych rzeczy. Nie warto, jeśli chcesz ubiegać się o małą kwotę, bo roboty jest sporo. Jeśli masz się starać o 50 tys., to lepiej weź się do pracy i zarób tę kwotę robiąc to co lubisz, albo skorzystaj z Działania 6.2. PO KL. 

 

Rada startowa:  Przygotuj się na ciężką walkę o każdą informację, bo ponoć w większości województw panuje zwyczaj oddelegowywania do punktów konsultacyjnych niewiele wiedzących stażystów. Walkę zacznij od ustalenia, czy planowane przez Ciebie przedsięwzięcie może być finansowane w ramach Działania (dotyczące tego przepisy są sformułowane tak niejasno, że nawet nie podejmowałem tutaj próby jakiejkolwiek interpretacji). 

 

Disclaimer: wszystkie powyższe złote rady zebrałem w najlepszej wierze w toku interesowania się Działaniem 8.1. na własne potrzeby. Jak widać choćby na goldenline'owym profilu (Maciej Janas), nie zajmuję się dotacjami zawodowo. Sprawdzić przed użyciem.